Polska polityka historyczna nie może znaleźć nowego punktu zaczepienia dla popularyzowania ważnych wydarzeń z naszych dziejów. Zupełnie jakby nagle zabrakło nam tematów.
Od paru lat dostrzegam jednak swego rodzaju pustkę w polskim przekazie historycznym. Tak, jak pierwszą dekadę XXI wieku zapamiętamy przede wszystkim pod kątem przywrócenia pamięci o Powstaniu Warszawskim, a w drugiej dekadzie mieliśmy wręcz eksplozję zainteresowania Żołnierzami Niezłomnymi (wówczas Żołnierzami Wyklętymi), tak obecnie nasza polityka historyczna zdaje się dryfować w poszukiwaniu jakiegoś nowego punktu zaczepienia, który nie będzie już „przejedzony” (co widać po wręcz radykalnym osłabieniu zainteresowania „Wyklętymi”), a który, przy niewielkim wysiłku państwa, zaktywizuje społeczeństwo obywatelskie, nie tylko popularyzując fakty historyczne, ale pełniąc też rolę konkretnego nośnika wartości i postaw.
O dryfowaniu polskiej polityki historycznej świadczą choćby nieudane rocznice wydarzeń, które wydawałyby się naturalnymi tematami do rozwijania i promocji. Zarówno jednak 100-lecie odzyskania niepodległości, jak i rocznica 100-lecia Bitwy Warszawskiej, nie spełniły w dostateczny sposób swojej roli, zaś na rocznice powstań śląskich, powstania styczniowego, czy powstania wielkopolskiego, możemy jedynie spuścić zasłonę milczenia. To prawda, mieliśmy dobre filmy dokumentalne (zarówno o odzyskaniu niepodległości, jak i o „Cudzie nad Wisłą”), filmy fabularne (już gorsze), liczne wydarzenia kulturalne, ale to za mało. W dodatku pierwsza ze wspomnianych rocznic przede wszystkim kojarzy nam się niestety z nieszczęsnymi ławkami, a o Bitwie Warszawskiej przypomnimy sobie z okazji odsłonięcia pomnika w niezbyt popularnej okolicy.
Oczywiście, Państwo może deklarować, że ze swojej części pracy się wywiązało. Jestem wręcz przekonany, że zgadzają się zakładane wcześniej wskaźniki, dokumenty strategiczne, programy, czy założenia. Niestety, to tylko papiery. Faktem jest to, że społeczeństwo nie zostało dostatecznie „zachęcone”, nie dostało odpowiedniego ładunku emocjonalnego i zachęty do działania by w dane tematy się zaangażować. Niekiedy też możliwości urzędników rozmijały się z oczekiwaniami społecznymi, co chyba najmocniej widzieliśmy w przypadku społecznych postulatów odnośnie łuku triumfalnego Bitwy Warszawskiej.
Tymczasem zaangażowanie społeczeństwa obywatelskiego jest kluczowe. Państwo wykonało świetną pracę w 2011 ustanawiając Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, czy organizując choćby pogrzeb „Inki” i „Zagończyka”, ale to takie inicjatywy jak Bieg Tropem Wilczym, Marsz Pileckiego, akcja „Upominamy się o Was”, sklepy odzieżowe, czy oprawy kibicowskie, sprawiły że dzisiaj wiemy kim byli „Łupaszka”, „Zapora”, czy wspomniana wcześniej „Inka. Niestety w przypadku odzyskania niepodległości, czy Cudu nad Wisłą możemy mówić o sukcesie jeżeli potrafimy wymówić inne nazwiska niż Piłsudski i Dmowski, a w przypadku naszych zwycięskich powstań, sukces jest już wtedy gdy chociaż znamy ich nazwy. W czasie dryfu państwowej polityki historycznej, społeczeństwo obywatelskie podtrzymuje temat „Wołynia”, który z uwagi na choćby problemy z ekshumacjami dzięki polityce władz ukraińskich jeszcze przez długi czas będzie niezwykle popularny. Dla władz jest to jednak temat kłopotliwy, z uwagi na trwającą za naszą granicą wojnę.
Niestety, setne rocznice wielkich wydarzeń z naszej historii „chwilowo” się skończyły, a ta pustka nie została jednak w należyty sposób zapełniona. Takie inicjatywy, jak ogłaszanie przez Sejm RP roku danej/danych postaci, czy nakierunkowanie na rocznice wydarzeń bądź konkretne postaci w konkursach grantowych ogłaszanych przez państwowe instytucje, to za mało.
Potrzebujemy więc nowej wizji. I będzie to trudne.
Poprzednie wielkie tematy w naszej polityce historycznej były przecież związane z męczeństwem – tak bowiem można określić tragedię Powstania Warszawskiego, walki Niezłomnych, czy rzezi na Wołyniu. Wypowiedziane kiedyś przez włoskiego męża stanu Massimo Taparelliego sformułowanie „Nie czyńcie męczenników. Dla niesprawiedliwego rządu męczennik jest bardziej szkodliwy niż buntownik”, jest tu niezwykle cenne, dla naszej historii bowiem to właśnie historie męczenników są tym co napędza nas w postawach patriotycznych. O wiele rzadziej mamy chęć wspominania tych wydarzeń, które okazywały się dla nas zwycięskie.
To prawda, to się zmienia. Wystarczy spojrzeć na społeczne zaangażowanie w sprawie CPK, na poruszane hasła „Tak dla Rozwoju”, na święte oburzenie w sprawie NCBR Ideas, by zauważyć że powoli dojrzewamy do ambicji, że coraz więcej osób ma chęć usłyszenia dla odmiany o spełnieniu wielkich marzeń narodowych. Nawet jeśli ambicje wciąż mniej oddziałują na nasze emocje niż nasze narodowe męczeństwa, to warto pamiętać o słowach Romana Dmowskiego, który w „Myślach Nowoczesnego Polaka” zapisał że tam gdzie „te instynkty i uczucia są osłabione, częściowo rozłożone pod jakimikolwiek wpływami, potrzebna jest wyraźniejsza świadomość tego co stanowi podstawy bytu narodowego i narodowej polityki.”
Gdzie tej świadomości potrzebujemy? Przede wszystkim w mocnej, powszechnej popularyzacji Powstania Wielkopolskiego, Powstań Śląskich oraz w Bitwie Warszawskiej. W samych faktach że one nastąpiły i że finalnie okazały się dla nas zwycięskie. W bohaterach którzy do tego doprowadzili, w procesach jakie wykorzystano, w błędach jakich nie popełniono. We współpracy na rzecz rzeczy wielkich, które przecież jeszcze kilkanaście lat wcześniej brzmiały jak fantastyka. To naturalna historia, która nie dość, że wydarzyła się stosunkowo niedawno, to łączy w sobie współpracę, wyczucie momentu, zorganizowanie, pracę u podstaw, a więc te cechy, których regularnie sobie jako społeczeństwu odmawiamy, opierając się na historycznych traumach. Mamy jeszcze szanse, niech stanie Łuk Triumfalny, niech powstanie solidna (i nie robiona na siłę), serialowa bądź filmowa produkcja o zdobyciu Ławicy, wykorzystajmy serialowo historię Eskadry Kościuszkowskiej. W ten sposób władza centralna może dać impuls do działania mniejszym inicjatywom.
Dużą okazją do działania może stać się też 1000 rocznica koronacji Bolesława Chrobrego, jaką będziemy obchodzić już w 2025 roku – na razie jednak, poza czasową wystawą w Muzeum Historii Polski (bardzo dobrą, choć boli w niej to, że w wystawie „1025. Narodziny Królestwa” sam fakt koronacji, czy wcześniejszej walki o granice, pełni raczej rolę dodatku do kożucha). Fakt, próżno w samym fakcie koronacji doszukiwać się jakichkolwiek emocji, ale przy stale rosnącym zainteresowaniu pochodzeniu Polaków, czasami średniowiecznymi, czy Słowianami, istnieje tu potencjał do spopularyzowania tego okresu i postaci w naszych dziejach. Nie jest to temat tak trudny do wypromowania, co widać choćby w grach komputerowych. Wprawdzie prym wiodą tu Czesi (w lutym 2025 roku wydana zostanie druga część Kingdom Come Deliverance 2, która nie opowiada przecież o wielkich, powszechnie znanych wydarzeniach, ale dzieje się w tle konfliktu pomiędzy Wacławem IV i Zygmuntem Luksemburskim, to upraszając tak jakby stworzyć grę z walkami pomiędzy synami Bolesława Krzywoustego), ale wśród naszych produkcji też mamy ciekawe tytuły w postaci Manor Lords oraz Medieval Dynasty – choć niestety akcja obu gier dzieje się na fikcyjnych ziemiach. Może więc w filmowym bądź gamingowym cofnięciu się o 1000 lat jest jakaś metoda?
Historia Polski jest niemal niekończącym się zbiorem wielkich wydarzeń, postaci i wartości. Warto więc, aby nasza polityka historyczna wiedziała dokąd zmierza i była gotowa do aktywizacji społeczeństwa w upowszechnianiu tej wiedzy.
Karol Handzel
