Historianaprawde.pl

Agata Puścikowska – Lotniczka. Opowieść o Janinie Lewandowskiej zamordowanej w Katyniu [FRAGMENT]

Szacowany czas czytania: ...

Nakładem wydawnictwa Znak ukazała się opowieść Agaty Puścikowskiej pt. Lotniczka. Opowieść o Janinie Lewandowskiej jedynej kobiecie zamordowanej w Katyniu. Dzięki uprzejmości wydawnictwa publikujemy fragmenty książki.

Kwiecień 1940
„Zaczęło się! Zaczęły się powroty!” – takie radosne informacje w pierwszych dniach kwietnia 1940 roku rozchodziły się po obozie z prędkością światła. Od 3 kwietnia codziennie Sowieci zabierali około trzystu jeńców i wywozili ich poza Kozielsk. Przeważało zdanie, że polscy oficerowie po wielu miesiącach wracają do kraju. A choć zwykle nie ufano politrukom i funkcjonariuszom, to tym razem chętnie przysłuchiwano się ich zapewnieniom, że wywożeni jeńcy będą przekazywani Niemcom. Czasem nawet wymieniano Brześć jako miejsce, gdzie Niemcy mieli odbierać Polaków.
Jak wyglądał porządek wywózek? Jakiego klucza używali Sowieci, gdy codziennie wyczytywali konkretne nazwiska? Tego nie wiadomo. Jeńcy próbowali zrozumieć ewentualną zasadę, analizowali, kto wyjechał, na jaką literę zaczynało się jego nazwisko, skąd pochodził, jaki miał stopień. Próbowali dzięki temu przewidzieć, kto będzie następny. Znaleźć i zrozumieć logikę doboru kolejnego transportu. Ale to na nic, bo każdy był zupełnie inny, więc próby znalezienia w tym jakiejś reguły mijały się z celem. Plotkowano nawet, że zatwierdzać listy wywozowe miała Moskwa. Ale czy to prawda?
Janina obserwowała to, co się działo, z mieszaniną radości, nadziei i lęku. Dobrze, że ich gehenna się kończy. Ale co dalej? Gdzie ich wiozą? I… kiedy w końcu przyjdzie kolej na nią?
Gdy rano wyczytywano nazwiska kolejnych szczęśliwców, którzy mieli opuścić Kozielsk, ci pakowali się szybko. Brali worek z nędznym dobytkiem czy starą walizkę i szli na wskazane miejsce. Czekali. Odprowadzali ich towarzysze niedoli, przyjaciele, z którymi zdążyli się już zżyć i których zdążyli dobrze poznać.
– Do zobaczenia, gdzieś tam… Spotkamy się, jak się to wszystko skończy. – Rzucali się w sobie ramiona albo też po męsku ściskali kościste, wymizerowane dłonie.
To, co można było zauważyć, to ich dokumenty przewożone przez sowiecką eskortę: większość teczek osobowych miała kolor czerwony, a czasem teczka była biała. Co to oznaczało? Czy w ogóle coś oznaczało? Tego nie wiedział nikt. Na pewno jednak jechały w nieznane – wraz z jeńcem.
To, co również dało się zauważyć i co jednak nie napawało zbytnim optymizmem, to zmiana w sposobie bycia i zachowaniu sowieckich strażników. Ci w Kozielsku rzadko kiedy byli agresywni, a momentami wręcz wydawali się dobroduszni. Nowi, pilnujący wywózki, najwyraźniej wyłącznie funkcjonariusze NKWD, mieli wykrzywione złością twarze i nie przebierali w słowach, gdy rozkazywali Polakom ustawiać się w szeregu czy maszerować w kierunku bramy. Członkowie nowej eskorty brutalnie przystępowali do rewizji osobistej jeńców: odbierali wszelkie ostre przedmioty, nie mówiąc o wartościowych, które po prostu kradli. Następnie pędzili Polaków w kierunku bramy obozowej. Z daleka było widać, że stoją tam podstawione ciężarówki. Jeńcy wchodzili do nich, kilkudziesięciu do jednej. Wtedy auta odjeżdżały.

7 kwietnia na porannym apelu strażnicy wyczytali:
– Jan Leon Ziółkowski, wystąp.
Ksiądz drgnął i zrobił krok do przodu. Choć zwykle na apelu i tak było cicho, teraz zapadła cisza tak głucha, że niemal słychać było bicie setek serc. Zabierają księdza, ich księdza… Oby dobrze trafił i był bezpieczny.
Janina, słysząc, że ksiądz Jan opuszcza obóz, starała się opanować. Kozielsk bez księdza wydał jej się miejscem strasznym, całkowicie bezdusznym i do głębi złym. To właśnie on, ksiądz Jan, nadawał temu miejscu charakter nieco bardziej ludzki, a może… nadprzyrodzony.
– Nie martw się i nie bój. Bóg nad nami czuwa – mówił, pakując się naprędce.
Miał tylko garstkę swoich rzeczy: modlitewnik, książkę O naśladowaniu Chrystusa, z którą nie chciał się rozstawać, różaniec – pamiątkę pobytu w Ziemi Świętej. Wszystko inne – paramenty liturgiczne – odebrano mu w czasie rewizji.
Na koniec pobłogosławił tych, którzy zostali. Do Janiny powiedział tylko:
– Zostań w spokoju i żebyśmy się niedługo znów zobaczyli. Dbaj o Władzia. – Uśmiechnął się delikatnie.
Musiał iść. Pilnujący go strażnik mocno popędzał.
Niecały tydzień później się okazało, że prośba księdza Jana o zaopiekowanie się małym Władziem była niemal prorocza. Do wywiezienia z obozu został bowiem skierowany jego ojciec, pan Władysław. Sam…
– Jak to sam?! – Janina na wieść o tym zrobiła się niemal purpurowa. – Jak mogli rozdzielić dziecko i ojca?! Może ktoś coś pomylił? – Próbowała jeszcze znaleźć w tej sytuacji odrobinę logiki. Na próżno.
– Nie, ojca już zabrali. Władzio został sam. Płacze…
W tym momencie Janina przypomniała sobie sytuację sprzed tygodni: ojca zaszczepili, dziecka nie. Ksiądz Jan się wówczas zastanawiał, czy Władzio, nazywający się tak jak ojciec, był w ogóle wliczony w ogólną liczbę jeńców. Był dzieckiem, małym chłopcem. Wystarczyło nie wpisać go do dokumentów, by… nigdy w obozie nie istniał.
– Idę do niego – powiedziała Janina głucho. – Trzeba go pocieszyć…
Od tego czasu lotniczka i chłopiec stali się niemal nierozłączni.
Dzień później zresztą Janina wraz z Władziem próbowała dostać się do kolejnego transportu. Sądziła, że w ten sposób dziecko szybciej dołączy do ojca. I ona się w końcu z tego miejsca wyratuje. Jednak radzieccy strażnicy byli nieubłagani. Usłyszała krótkie: „Niet, nielzia! ”, i napotkała lodowaty wzrok pilnującego. Dalsza dyskusja nie miała sensu.

Swoje nazwisko wywoływane do transportu usłyszała 20 kwietnia. Z jednej strony ulga. Transporty w tym czasie były już sporo mniejsze – jednorazowo wyjeżdżało z Kozielska około pięćdziesięciu jeńców – więc wszystkim zależało, by w końcu obóz opuścić. Z drugiej strony bała się o Władzia, bo jego nazwisko na apelu nie padło. Ma tu zostać? Sam?
– A malczik? – specjalnie zapytała po rosyjsku, wyraźnie, jednego ze strażników. – Szto z nim?
Strażnik spojrzał na kobietę i stojące niedaleko dziecko obojętnie. Inny zajrzał w papiery. Zapytał o imię i nazwisko chłopca. Szukał na zapisanych drobną cyrylicą stronach, nie znalazł. Wzruszył ramionami. Coś chwilę analizował…
– Zabierajcie rzeczy, jedziecie razem – stwierdził w końcu.
Janina się uspokoiła. Władzio również.
Spakowali to, co mieli. Niedużo tego było, bo większość rzeczy, które Janina przywiozła ze sobą, albo dawno zabrali czy raczej ukradli jej Sowieci w czasie licznych rewizji, albo musiała „spieniężyć” za ruble, by dokupić cokolwiek do jedzenia w sklepiku. Wszystko, co mieli ona sama i Władzio, włożyła do swojego plecaka, a jeszcze zostało miejsce. Dopakowała tam przydział jedzenia na drogę: osiemset gramów chleba, nieco cukru i trzy śledzie. Jedzenie dostała zresztą tylko ona – chłopiec nie był w ewidencji, więc najwyraźniej mu się nie należało. Trudno, podzieli się z dzieckiem. Ale zaskoczyło ją mocno to, że ryby były zawinięte w nowiutki szary papier. Przez wiele miesięcy zdobycie kawałka papieru na napisanie listu, skręcenie papierosa, nie mówiąc już o sprawach higienicznych, graniczyło z cudem. A tutaj? Takie bogactwo czy raczej marnotrawstwo. Sowiecka „logika”.
Była już noc, gdy grupa wywożonych więźniów musiała przejść do obozowej bramy. Strażnicy pilnowali każdego ich kroku, chociaż Polacy byli zupełnie bezbronni. Starali się iść mocnym, żołnierskim krokiem, by nie dawać wrogowi satysfakcji. A na zewnątrz? Poczucie wolności, na które tak czekali wcześniej?
Podstawiona ciężarówka przewiozła ich niezbyt daleko, na jakąś bocznicę kolejową. Tam czekał pociąg z wagonami więziennymi, oświetlany tylko latarkami strażników. Wagony wyglądały posępnie: nie miały okien, lecz kilka maleńkich otworów pod sufitem. Wpychali ich do jednego przedziału po dziesięć–dwanaście osób. Jeńcy siadali więc gęsto, niemal jeden na drugim. Władzio zajął miejsce na podniesionej półce na bagaż – był nieduży i tak było mu wygodniej. Jakiś drobny, dorosły już jeniec zrobił to samo – po drugiej stronie przedziału. Dzięki temu, że byli wysoko, mogli wyglądać na zewnątrz przez otwór w suficie. Pociąg po chwili ruszył i ku zdziwieniu Janiny, przyzwyczajonej do wolnej jazdy sowieckich pociągów, ukradli jej Sowieci w czasie licznych rewizji, albo musiała „spieniężyć” za ruble, by dokupić cokolwiek do jedzenia w sklepiku. Wszystko, co mieli ona sama i Władzio, włożyła do swojego plecaka, a jeszcze zostało miejsce. Dopakowała tam przydział jedzenia na drogę: osiemset gramów chleba, nieco cukru i trzy śledzie. Jedzenie dostała zresztą tylko ona – chłopiec nie był w ewidencji, więc najwyraźniej mu się nie należało. Trudno, podzieli się z dzieckiem. Ale zaskoczyło ją mocno to, że ryby były zawinięte w nowiutki szary papier. Przez wiele miesięcy zdobycie kawałka papieru na napisanie listu, skręcenie papierosa, nie mówiąc już o sprawach higienicznych, graniczyło z cudem. A tutaj? Takie bogactwo czy raczej marnotrawstwo. Sowiecka „logika”.

Była już noc, gdy grupa wywożonych więźniów musiała przejść do obozowej bramy. Strażnicy pilnowali każdego ich kroku, chociaż Polacy byli zupełnie bezbronni. Starali się iść mocnym, żołnierskim krokiem, by nie dawać wrogowi satysfakcji. A na zewnątrz? Poczucie wolności, na które tak czekali wcześniej?
Podstawiona ciężarówka przewiozła ich niezbyt daleko, na jakąś bocznicę kolejową. Tam czekał pociąg z wagonami więziennymi, oświetlany tylko latarkami strażników. Wagony wyglądały posępnie: nie miały okien, lecz kilka maleńkich otworów pod sufitem. Wpychali ich do jednego przedziału po dziesięć–dwanaście osób. Jeńcy siadali więc gęsto, niemal jeden na drugim. Władzio zajął miejsce na podniesionej półce na bagaż – był nieduży i tak było mu wygodniej. Jakiś drobny, dorosły już jeniec zrobił to samo – po drugiej stronie przedziału. Dzięki temu, że byli wysoko, mogli wyglądać na zewnątrz przez otwór w suficie. Pociąg po chwili ruszył i ku zdziwieniu Janiny, przyzwyczajonej do wolnej jazdy sowieckich pociągów, jechał szybko. Gdzie tak im się spieszyło?
Kobieta straciła poczucie czasu. Chyba ze zmęczenia i oszołomienia. Ile jechali do postoju? Może kilka godzin, może kilkanaście? Gdyby ktoś jej powiedział, że przejechali jedynie osiemnaście kilometrów, chyba by nie uwierzyła. W drodze, na siedząco, raz po raz przysypiała. W końcu pociąg stanął. Jeniec podróżujący „na półce” spojrzał przez malutkie okienko.
– Kopuły cerkwi widzę. Jakieś miasto. – Zdawał relację.
Gdy pociąg po jakimś czasie znów ruszył, udało mu się odczytać nazwę stacji: „Smoleńsk”. Teraz już jechali nieco wolniej. Po kilkunastu kilometrach, przynajmniej tak oceniali odległość, znów stanęli.
– Co oni z nami robią? Gdzie wiozą? Niepokojące to mocno – przyciszonym głosem mówił jakiś podoficer.
Janina też nie miała dobrych przeczuć, ale milczała.
Na zewnątrz pociągu, chyba znów na jakiejś stacji, słychać było przemieszczanie się ludzi, harmider. Niewątpliwie ktoś coś organizował.
Co? Rosjanie rozmawiali skrótami, z których trudno było odczytać i zrozumieć cokolwiek. Rozlegały się też warkot motoru i urywane słowa komendy. W końcu było jasne, że rozpoczyna się wyładunek Polaków. Skrzypnęły drzwi – zamykane wyłącznie od zewnątrz, otworzyły się i dwóch strażników kazało wszystkim wysiadać. Szybko!
Janina spojrzała na napis na stacji: „Gniezdowo”. Nic ta nazwa nie mówiła ani jej, ani towarzyszom. Czekali.
Chwilę potem kazano im się ładować do podstawionego autobusu. Był czarny.
– Czornyj woron! Czarna wrona – komentował oficer stojący tuż za Janiną. – To ich karetki więzienne…
Auto rzeczywiście wyglądało posępnie, bo nie dość, że ciemne, to i okna miało zamalowane wapnem. Musieli wchodzić do nich szybko, zajmować miejsca, ponaglani przez Rosjan. W środku panował ścisk i niemal całkowity mrok.
Autobus ruszył. Był bardzo wczesny ranek 22 kwietnia 1940 roku. Janina uświadomiła sobie wówczas, że to jej trzydzieste drugie urodziny.

Przejdź do treści