Gdy śnieżna lawina pod stokiem Małego Kościelca pogrzebała jego przyjaciela Mieczysława Karłowicza, znanego polskiego kompozytora i taternika był organizatorem wyprawy ratunkowej. Była to jedna z pierwszych wypraw Pogotowia Górskiego, późniejszego TOPR-u, które wspólnie powoływali do życia. Pogotowie ostatecznie zarejestrowano 29 października 1909 we Lwowie, nieco ponad osiem miesięcy po śmierci Karłowicza. Jego prezesem został zasłużony zakopiański lekarz dr Klemens Dłuski, a pierwszym naczelnikiem właśnie on – generał Mariusz Zaruski.
Przez lata miał swój symboliczny grób na starym zakopiańskim cmentarzu, choć sam spoczął na warszawskich Powązkach. Był wprawdzie jednym z czołowych popularyzatorów turystyki górskiej i narciarstwa, ale także żeglarzem – a przede wszystkim żołnierzem, który nade wszystko ukochał wolną Polskę. Pozostawał niekwestionowanym autorytetem, którego ideą było wychowywanie pokoleń młodych Polaków poprzez wysiłek i trud. Niejednokrotnie powtarzał, że charaktery hartują się w twardym trudzie żeglarskim. Z jego inicjatywy powstał fundusz, z którego zakupiono cztery statki: Dar Pomorza, Sławomir Czerwiński, Temida I oraz Temida II. Był instruktorem harcerskim, wychowawcą młodzieży, a także pionierem polskiego żeglarstwa. Dowodził siedemnastoma rejsami harcerskiego szkunera Zawisza Czarny, a młodzież – mimo iż chciał by tytułowano go kapitanem zwracała się do niego Panie Generale… Lubił fotografować i malować, wszak skończył studia malarskie na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Parał się również publicystyką, pisywał również i tłumaczył wiersze.
Wszystko to było zaledwie niewielką częścią jego działalności. W młodości za konspirację zapłacił zesłaniem do Archangielska (gdzie skończył szkołę morską). Morze fascynowało go dużo wcześniej, już jako wolontariusz pływał na Daleki Wschód, Syberię, do Chin, Japonii, Indii, Egiptu i Syrii. Po powrocie do kraju, w 1907 roku osiadł w Zakopanem, pragnąc zgodnie z zaleceniami lekarzy ratować zdrowie swojej żony. Nie znosił bezczynności, niemal z marszu zaangażował się w życie miasta. Swą działalnością (także publicystyczną) wpłynął znacząco na wzrost jego popularności, zwłaszcza w okresie zimowym. Z pasją wytyczał nowe drogi w Tatrach, szkolił przewodników, a przy tym sam odnotował niemal dwadzieścia znaczących pierwszych wejść zimowych, m.in. na Rohacze w Tatrach Zachodnich i Opalony Wierch w Tatrach Wysokich. W 1907 zjechał na nartach z Koziego Wierchu, a cztery lata później z Kościelca. Był również pionierem eksploracji tatrzańskich jaskiń i jako pierwszy wykorzystywał do tego celu sprzęt wspinaczkowy. Nadzorował także budowę schronisk nad Morskim Okiem i na Hali Gąsienicowej. Nic dziwnego, że współcześni doceniając jego zasługi, nazywali go organizacyjnym królem Tatr.
Po wybuchu I wojny światowej wstąpił do Legionów, dając przykład góralom, a także ratownikom z TOPR. W 1919 roku marszałek Józef Piłsudski mianował go dowódcą 11. Pułku Ułanów. Oddział ten w kwietniu tego samego roku pod jego dowództwem po ciężkich walkach brawurowo zdobył dworzec kolejowy w Wilnie. Zaruski zasłużył się podczas wojny polsko-bolszewickiej, za co został wielokrotnie odznaczony, w tym Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. Został adiutantem generalnym prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego, zaś szlify generalskie odebrał w 1924 roku. W stan spoczynku przeszedł krótko przed przewrotem majowym w 1926 roku, po czym zajął się rozwijaniem swych pasji, głównie działalnością żeglarską i wychowywaniem harcerskiej młodzieży. Wraz z Antonim Aleksandrowiczem zorganizował Yacht Klub Polski i został jego pierwszym komandorem. Napisał kilka podręczników żeglarskich oraz pierwszy polski podręcznik żeglugi morskiej, opublikowany w 1904 roku. Jako były ułan kochał konie, poświęcił im sporo wierszy. W 1939 roku, mając zaplanowany na sierpień kolejny rejs świadomie opóźniał wyjście w morze. W obliczu wojny, wierny wyznawanym zasadom nie chciał opuszczać Ojczyzny w potrzebie. Pod koniec 1939 roku został aresztowany we Lwowie przez NKWD i wywieziony w głąb ZSRR. Tam zapadł na cholerę. Zmarł kilka miesięcy później w Chersoniu.
Pod koniec życia napisał o sobie: „Gdy stanę przed św. Piotrem i ten zapyta, jak mnie zameldować, odpowiem: Łamałem młotem wrzeciądza niewoli, prowadziłem Polaków w góry i na morze, ażeby stali się twardzi jak granit, a dusze mieli czyste i głębokie jak morze.” (Wśród wichrów i fal, 1935) W 1997 roku jego szczątki trafiły pod Tatry, spoczywa po prawej stronie od głównej alei zakopiańskiego cmentarza na Pęksowym Brzyzku. Warto o nim pamiętać, wszak jak pisał wieszcz: „Narody tracąc pamięć tracą życie”.
Krzysztof Wieczorek
