Ernest Hemingway miał zaledwie 18 lat, gdy próbował dostać się na front. Odrzucony przez wojsko z powodu słabego wzroku, nie zamierzał jednak rezygnować z wojennej przygody. Wkrótce jako ochotnik Czerwonego Krzyża ruszył do Europy, gdzie zamiast spokojnej służby szybko zaczął szukać prawdziwego niebezpieczeństwa. Jak wyglądała wojna oczami przyszłego noblisty i w jaki sposób doświadczenia z frontu wpłynęły na jego życie oraz twórczość? Przeczytaj fragment książki „Lekarze na froncie. Jak działania wojenne zmieniły medycynę” Martina Kinga.
ROZDZIAŁ 11
INSPIRACJE HEMINGWAYA
Trzeba mieć bujną wyobraźnię, żeby dostrzec anioła w Erneście Hemingwayu, który przez jakiś czas pracował dla Czerwonego Krzyża. W 1917 roku pewien pochodzący z Illinois młodzieniec z zaburzeniami hormonalnymi postanowił porzucić pracę w gazecie „Kansas City Star” i zatrudnić się jako kierowca karetki pogotowia. Miał wówczas osiemnaście lat i był żądny przygód. Jak wielu młodych ludzi czuł potrzebę zaangażowania się. Nie brakowało mu również ambicji. Próbował nawet zaciągnąć się do wojska, ale został odrzucony z powodu słabego wzroku. Niezrażony tym postanowił, że i tak pojedzie na front. Przecież syn Rudyarda Kiplinga był prawie niewidomy, a mimo to – z pomocą ojca – otrzymał przydział do irlandzkiej gwardii!
Różnica polegała na tym, że Ernest Miller Hemingway nie miał masońskich koneksji, ale jedynie szczerą chęć wzięcia udziału w wojnie. Położenie frontu nie miało dla niego znaczenia – walka trwała, a on po prostu musiał się do niej przyłączyć. Napisał do siostry list, w którym oświadczył, że zamierza się zaciągnąć do kanadyjskiej armii. W akcie desperacji wstąpił jednak do Gwardii Narodowej, co do pewnego stopnia uspokoiło jego rodziców, ale nie jego samego. Kryteria przyjęcia do tej organizacji były znacznie mniej rygorystyczne, lecz jej żołnierze nie mogli służyć poza krajem. Niemniej jednak 2. Pułk Obrońców Missouri zapewnił młodemu Ernestowi podstawowe przeszkolenie wojskowe.
Podczas pierwszych burzliwych lat Wielkiej Wojny prezydent Wilson walczył o zachowanie amerykańskiej neutralności. Podkreślał to w trakcie swojej kampanii reelekcyjnej z 1916 roku, kiedy postawił na slogan: „Trzymał nas z dala od wojny”. Jednak niecały rok później brytyjska blokada morska i aktywność niemieckich okrętów podwodnych ośmieszyły antywojenną politykę prezydenta. W końcu 6 kwietnia 1917 roku Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Niemcom. Tego samego dnia Amerykański Czerwony Krzyż (ARC) zrezygnował z dotychczasowej neutralności i przyjął funkcję wojskową, oferując pomoc medyczną lokalnym siłom zbrojnym. Na papierze wyglądało to imponująco, ale w rzeczywistości organizacja była totalnie nieprzygotowana do tej roli, podobnie zresztą jak i wojsko. Nie można jednak wykluczyć, że Ernest widział w ARC szansę na dotarcie na front jeszcze przed armią. W końcu już w maju sześć szpitali bazowych zostało skierowanych do pomocy Brytyjskim Siłom Ekspedycyjnym. Tak naprawdę większość z nich, jeśli nie wszystkie, działała w Europie jeszcze przed przystąpieniem USA do wojny (były to niezależne instytucje sponsorowane przez Amerykanów). Armia i Czerwony Krzyż zaczęły je stopniowo przejmować, zaczynając od Amerykańskiego Szpitala Ambulansowego w Paryżu. Zadecydował o tym rozkaz generała dywizji Johna J. „Black Jacka” Pershinga, dowódcy Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych.
Według Ernesta Hemingwaya pewnego dnia na jego biurku pojawiła się telegraficzna informacja prasowa, z której wynikało, iż Czerwony Krzyż szuka ochotników gotowych współpracować z armią włoską. Ernest jako żywiołowy młody człowiek wysłał zgłoszenie, zanim jeszcze gazeta poszła do druku. Miał olbrzymią ochotę na przeżycie prawdziwej przygody. Nie różnił się niczym od tysięcy innych młodych mężczyzn, którzy zgłosili się do wojska, niesieni patriotycznym zapałem, testosteronem, chwilowym szaleństwem czy też chęcią „zrobienia swego”.
W 1917 roku Włosi ponieśli miażdżącą klęskę pod Caporetto, ulegając siłom austro-węgierskim i niemieckim. Łączne straty odnotowali oszałamiające – szacowano je wówczas na 700–750 tysięcy ludzi. W ciągu zaledwie trzech ostatnich miesięcy roku nieprzyjaciel wziął do niewoli 335 tysięcy jeńców, w tym żołnierzy należących do batalionów roboczych oraz rannych i hospitalizowanych, pozostawionych na pastwę losu przez wycofującą się armię. Wojska austro-węgierskie zajęły 5200 kilometrów kwadratowych terenu i skonfiskowały tysiące ton zaopatrzenia. Dążenia mocarstw centralnych do całkowitego wyeliminowania Włoch z wojny prawie się powiodły, a ich kolejne zwycięstwa budziły niepokój nie tylko w Rzymie, lecz także wśród pozostałych aliantów. Sytuacja była tragiczna i niektórzy obawiali się, czy tamtejsza armia w ogóle zdoła się pozbierać.
Jednak jak na razie siły włoskie przegrupowywały się, rekrutowały ludzi i zastępowały sprzęt utracony pod Caporetto. Amerykański kapitan George Utassy – niedawno mianowany oficerem administracyjnym we włoskiej kwaterze głównej, odpowiedzialnym między innymi za wszystkie karetki pogotowia we Włoszech – wystosował wówczas gorący apel do swoich rodaków: „Amerykański Czerwony Krzyż potrzebuje w trybie pilnym stu Amerykanów gotowych służyć w ambulansach na tyłach armii włoskiej”. Wymowa towarzyszącego mu artykułu była jednoznaczna: „Jest to wspaniała okazja dla niezależnych mężczyzn w wieku poborowym, którzy są silni, zdrowi i potrafią prowadzić pojazdy. Pod uwagę będą brani jedynie mężczyźni w wieku od dwudziestu pięciu lat, którzy są zwolnieni ze służby wojskowej z powodu drobnych wad. Wszystkie koszty wyposażenia i utrzymania za granicą pokryje Amerykański Czerwony Krzyż, a koszty przejazdów zostaną opłacone, jeśli będzie to konieczne”.
Odzew był przytłaczający i spowodował prawdziwy zalew zgłoszeń. Również Ernest dostrzegł swoją szansę i nie zamierzał jej zaprzepaścić. Słyszał, a może nawet czytał porywające kazania kongregacjonalisty, doktora Williama Bartona, zachęcające młodych Amerykanów do pójścia na wojnę, ale zapewne to nie one sprawiły, że zamarzył o takiej przygodzie. Siostrą pastora była Clara Barton – ta sama kobieta, która założyła Czerwony Krzyż w Ameryce.
Podanie Ernesta zostało rozpatrzone pozytywnie i wkrótce opuścił Kansas, żeby 12 maja 1918 roku w Nowym Jorku wstąpić w szeregi działaczy jej organizacji. Od momentu, w którym jego pociąg wjechał na Grand Central Station, miał zaledwie dziesięć dni na zapoznanie się z obowiązkami wolontariusza. Potem musiał wsiąść na statek płynący na drugą stronę oceanu. Jego inicjacja w Czerwonym Krzyżu zbiegła się w czasie ze szczytem poparcia dla oblężonych Włochów, którzy latem spodziewali się kolejnych ofensyw. Podczas pobytu Ernesta w Nowym Jorku burmistrz miasta, John F. Hylan, ogłosił Tydzień Czerwonego Krzyża i wyznaczył jego początek na 20 maja.
Na dwa dni przed tym wydarzeniem, stanowiącym cykl różnych zbiórek charytatywnych i akcji piarowych, tysiące pracowników wojennych na oczach tłumów paradowało przez Manhattan. Ernest, który jeszcze nie wystrzelił kuli ani nawet nie postawił stopy na obcej ziemi, zdecydował się wziąć udział w paradzie. Choć nie zaangażował się jeszcze w działalność Czerwonego Krzyża, napisał do domu list, podkreślając zainteresowanie, jakim cieszył się tego dnia wraz z macierzystą organizacją: „Przeszliśmy dziś osiemdziesiąt pięć przecznic wzdłuż Piątej Alei i zostaliśmy obdarzeni spojrzeniem przez prezydenta Wilsona.
Około 75 tysięcy osób stało w szeregu, patrząc na nas – swoje gwiazdy”. Kilka dni później, 23 maja, po paru drobnych opóźnieniach, Hemingway znalazł się na pokładzie parowca „Chicago” zmierzającego do Bordeaux. Statek nie zrobił na nim najlepszego wrażenia, dlatego opisał go jako „najbardziej zardzewiałą wannę na świecie”. Podróż przez Atlantyk upłynęła jednak bez większych emocji, ponieważ w 1918 roku zagrożenie ze strony niemieckich U-Bootów było już niewielkie. Ernest wydawał się tym rozczarowany. W oczekiwaniu na udział w jakiejkolwiek akcji bojowej codziennie przechadzał się po pokładach, wypatrując wrogich okrętów podwodnych. Kiedy 1 czerwca parowiec zacumował w Bordeaux, poczuł się oszukany.
Podczas rejsu udało mu się jednak nawiązać kilka nowych znajomości. Pozornie niekończące się i suto zakrapiane alkoholem pokerowe i kościane rozgrywki pomogły mu się zaprzyjaźnić ze współpodróżnymi. Tak kształtował się jego charakter, który świat miał już wkrótce poznać. Esprit de corps połączył go szczególnie mocno z dwoma pasażerami i przetrwał przez całą jego służbę aż do końca Wielkiej Wojny.
A zatem Hemingway dotarł do Francji i czekał na swoje przygody. Po kilku dniach pobytu w Bordeaux wsiadł do pociągu jadącego do miasta miłości, Paryża. Prawdopodobnie właśnie tam zachłysnął się europejską kulturą. Był nią wręcz zachwycony, a pierwsza wizyta w stolicy Francji zapoczątkowała trwający kilka dekad romans z nią. Zaraz po przyjeździe zameldował się w „Numerze Cztery”, siedzibie Czerwonego Krzyża na Place de la Concorde. Mieściła się ona w luksusowym dawnym pałacu z bogato zdobionymi, kryształowymi żyrandolami, czerwonymi dywanami i wysokimi sufitami, które musiały wywrzeć spore wrażenie na młodym człowieku z Kansas, nieprzyzwyczajonym do takiego luksusu i komfortu. Wtedy jeszcze Ernest nie otrzymał żadnych zadań, więc pierwsze dni poświęcił na czysto hedonistyczne czynności, takie jak poznawanie miasta i zwiedzanie wszystkich jego głównych atrakcji.
W trakcie pobytu Ernesta w Paryżu Niemcy wystrzelili kilka pocisków dużej prędkości ze swojej armaty zwanej Grubą Berthą, oddalonej o sto czternaście kilometrów od miasta. Pierwszy atak nastąpił w Wielki Piątek 1918 roku i nie skończyło się na nim. Działo było w stanie wystrzelić ładunek o wadze stu sześciu kilogramów na odległość około stu trzydziestu kilometrów. W sumie posłało około 320–367 pocisków w maksymalnym tempie około dwudziestu dziennie. Zabiły one dwieście pięćdziesiąt, zaś zraniły sześćset dwadzieścia osób, do tego spowodowały znaczne zniszczenia. Nazwa „Gruba Bertha” była stosowana przez członków sił alianckich jako określenie ekstremalnych dział dalekiego zasięgu, choć lokalnie częściej słyszało się „Działo Paryskie”. Zblazowani mieszkańcy stolicy wydawali się niezrażeni tymi regularnymi bombardowaniami i prowadzili normalne życie. Z pewnością jednak armata zaintrygowała żądnego wrażeń Ernesta, który wynajął taksówkę, żeby na własne oczy zobaczyć olbrzymie kratery po jej pociskach.
