Wcześniej Haagen zażądał stu więźniów z Auschwitz. Osiemnastu zmarło już podczas transportu. Pozostali byli tak wyniszczeni, że większość nie nadawała się — w jego ocenie — do eksperymentów. W liście narzekał, że potrzebuje ludzi lepiej odżywionych i silniejszych, aby wyniki były miarodajne. Nie widział przed sobą ludzi, tylko materiał badawczy, który powinien spełniać określone parametry.Podobnie wyglądały badania nad żółtaczką. Więźniów zakażano, obserwowano rozwój choroby i wykonywano punkcje wątroby. Rudolf Brandt zeznał później, że w wyniku tych doświadczeń zmarło kilku więźniów. Co gorsza, część założeń naukowych była błędna. Cytowany przeze mnie Stanisław Sterkowicz zwraca uwagę, że poglądy Dohmena, Haagena i innych niemieckich bakteriologów dotyczące wirusa nagminnego zapalenia wątroby okazały się niesłuszne.Właśnie dlatego Natzweiler jest tak ważnym rozdziałem „Trzeciej Rzeszy i koncernów farmaceutycznych". Nie wystarczy napisać, że lekarze SS byli zbrodniarzami. To prawda, ale to dopiero początek odpowiedzi. Trzeba pytać, kto dostarczał preparaty, kto finansował badania, kto domagał się wyników i kto później korzystał z uzyskanej wiedzy.W przypadku Natzweiler widzimy lekarzy akademickich, Instytut Roberta Kocha, Luftwaffe, Ahnenerbe i wreszcie Sächsische Serumwerke, którego produkty — według zeznania byłego więźnia przywołanego w dokumentach procesu norymberskiego — były wykorzystywane w doświadczeniach Augusta Hirta.To jest właśnie historia, którą próbuję w tej książce odtworzyć. Za strzykawką trzymaną przez lekarza bardzo często stał ktoś jeszcze. Był producent preparatu, instytut, zleceniodawca albo instytucja zainteresowana wynikiem. Dopiero kiedy zaczniemy sprawdzać te powiązania, zobaczymy pełniejszy obraz tego, czym naprawdę były pseudomedyczne eksperymenty w niemieckich obozach koncentracyjnych.















