Historianaprawde.pl

Niemcy bali się powstania w Potulicach. Do służby w obozie ściągnęli ukraińskich strażników

Szacowany czas czytania: ...

W sierpniu 1944 roku, gdy w Warszawie trwało powstanie, niemieckie władze zdecydowały się radykalnie wzmocnić ochronę obozu w Potulicach koło Nakła nad Notecią. Przybyło tam 514 Ukraińców z batalionu pomocniczej policji „Schuma", pozostającego w służbie III Rzeszy. Mieli zabezpieczać obóz na wypadek nadejścia Armii Czerwonej oraz ataku pomorskiego ruchu oporu. W książce „Funkcjonariusze piekła. Potulice 1941-1950" Pawła Skuteckiego mowa jest o ponad pięciuset Ukraińcach znajdujących się pod dowództwem SS-Hauptsturmführera Baenscha.Dostępne opracowania mówią przede wszystkim o obawie przed polską partyzantką i możliwością zaatakowania obozu z zewnątrz. Nie przytaczają natomiast niemieckiego rozkazu, w którym wprost napisano by o spodziewanym powstaniu samych więźniów. Taki scenariusz okupanci musieli jednak brać pod uwagę. W Potulicach przebywało wówczas ponad siedem tysięcy ludzi, a kilka tysięcy kolejnych więźniów pracowało w rozrzuconych po regionie komandach. Ucieczki, atak podziemia albo bunt wewnątrz obozu mogły doprowadzić do załamania całego systemu nadzoru.Skala przedsięwzięcia była znacząca. We wrześniu 1942 roku do Potulic przysłano kompanię wartowniczą liczącą 145 żołnierzy. Dwa lata później dołączył do niej oddział niemal czterokrotnie liczniejszy. Była to formacja pomocnicza podporządkowana Niemcom, dowodzona przez niemieckiego oficera SS i wykonująca niemieckie rozkazy. Ukraińcy mieli pilnować, aby znajdujący się za drutami Polacy nie odzyskali wolności.

Obóz dla ludzi wyrzuconych z własnych domów

Niemiecki obóz w Potulicach oficjalnie rozpoczął działalność 1 lutego 1941 roku. Początkowo podlegał Centrali Przesiedleńczej w Gdańsku i miał służyć realizacji polityki germanizacyjnej na ziemiach wcielonych do Rzeszy. Trafiały do niego przede wszystkim polskie rodziny wysiedlane z gospodarstw i mieszkań przejmowanych następnie przez niemieckich osadników.

Pierwszych więźniów umieszczono w pałacu należącym wcześniej do hrabiny Anieli Potulickiej oraz w okolicznych zabudowaniach gospodarczych i poklasztornych. Pomieszczenia nie były przygotowane do przyjęcia setek ludzi. Nie było łóżek, ogrzewania ani odpowiednich urządzeń sanitarnych. Więźniowie spali na słomie rozłożonej na gołej podłodze, przykrywając się własną odzieżą i kocami. W wysokich salach pałacowych Niemcy nakazali zbudować drewniane półpiętra, aby na tej samej powierzchni zmieścić jeszcze więcej osób.

Później powstały wielkie baraki. Część najprymitywniejszych pomieszczeń więźniowie nazywali „psimi budami” albo „barakami murzyńskimi”. Były pozbawione okien i tak niskie, że można się było w nich poruszać wyłącznie na kolanach. Nawet rozbudowa nie rozwiązała problemu przepełnienia, ponieważ do Potulic stale przybywały kolejne transporty. Pierwszą zarejestrowaną ofiarą obozu był półtoraroczny Edward Smutek, który zmarł 9 lutego 1941 roku, zaledwie kilka dni po jego oficjalnym otwarciu.

Charakter Potulic stopniowo się zmieniał. Początkowo był to obóz przesiedleńczy, następnie obóz pracy związany organizacyjnie ze Stutthofem, a później wielki ośrodek pracy przymusowej i centralne miejsce odosobnienia dla innych niemieckich placówek na Pomorzu. Podporządkowano mu między innymi obozy w Smukale i Toruniu. Po ich likwidacji więźniów przewieziono do Potulic.

Przez obóz przeszło około 25 tysięcy ludzi. Pod koniec 1944 roku jego ewidencja obejmowała 11 214 więźniów. W barakach przebywało 7061 osób, pozostali byli kierowani do komand pracy i często nocowali poza głównym kompleksem. Tak wielka liczba osadzonych pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego latem 1944 roku Niemcy zdecydowali się sprowadzić ponad pół tysiąca dodatkowych wartowników.

Praca, głód i kary

Formalnie Potulice nie były obozem koncentracyjnym takim jak Auschwitz czy Stutthof. Administracyjna nazwa nie oznaczała jednak, że panowały tam łagodniejsze warunki. Rytm życia wyznaczały apele, przymusowa praca, głód oraz kary wymierzane za rzeczywiste i zmyślone przewinienia. Więźniowie budowali baraki, pracowali w gospodarstwie rolnym, warsztatach, zakładach produkujących na potrzeby niemieckiej armii oraz w komandach rozsyłanych po regionie.

Na terenie obozu działała filia przedsiębiorstwa Schultza, w której szyto odzież i kożuchy dla wojska. W zakładzie związanym z firmą Hansen naprawiano części samolotów uszkodzonych na froncie. Pracowano na dwie dwunastogodzinne zmiany. Zadania wymagały precyzji i umiejętności technicznych, których wielu więźniów, zwłaszcza dzieci, nie miało. Każdą pomyłkę niemieccy nadzorcy mogli uznać za sabotaż. Odpowiedzią było poniżanie i bicie.

Więźniowie pracowali również w liczącym ponad 750 hektarów gospodarstwie rolnym. Uprawiane przez nich ziemniaki i warzywa wysyłano do Niemiec, między innymi do Berlina, podczas gdy w obozie brakowało jedzenia. Teoretycznie za pracę przysługiwało wynagrodzenie. Dorosły więzień otrzymywał jednak 0,30 marki dziennie, młodociany 0,10 marki, a kapo 0,75 marki. Pieniądze te nie miały większego znaczenia w miejscu, w którym najważniejszym problemem było zdobycie kawałka chleba.

Głód nie był jedynie skutkiem wojennych niedoborów. Stanowił część systemu przemocy. Osłabiał ludzi, odbierał im możliwość oporu i prowadził do śmierci, za którą trudno było obciążyć konkretnego funkcjonariusza. W kartach zgonu można było wpisać chorobę, wycieńczenie albo niewydolność organizmu, ukrywając rzeczywistą przyczynę: warunki stworzone przez niemiecką administrację.

Skalę tragedii Paweł Skutecki, autor książki „Funkcjonariusze piekła. Potulice 1941-1950″, podsumowuje jednym zdaniem:

W Potulicach cierpiały i umierały w głównej mierze dzieci.

Opisuje przy tym obozy jako element systemu stworzonego i rozwiniętego przez niemieckie państwo okupacyjne.

Nie jest to publicystyczna przesada. Spośród 1297 oficjalnie potwierdzonych ofiar obozu co najmniej 767 stanowiły dzieci. Liczby te obejmują 581 dzieci, które nie ukończyły pięciu lat, oraz 186 w wieku od pięciu do piętnastu lat. Prawdziwa skala tragedii mogła być większa, ponieważ część noworodków umierała jeszcze przed wciągnięciem ich do obozowej ewidencji.

Dzieci nie tylko głodowały, ale również pracowały. Zbierały gałęzie, pokrzywy i jagody, nosiły drewno, kamienie oraz cegły. Zatrudniano je w gospodarstwie i zakładach produkcyjnych. Ośmioro dzieci tworzyło specjalną drużynę do wywożenia śmieci. Czworo ładowano na wóz, a czworo musiało go pchać. Pilnujący ich dorosły nadzorca miał bat, którego używał równie często jak ciężkich butów.

Za zjedzenie jagody przeznaczonej dla Niemców groziło bicie. Dzieci musiały uczestniczyć w apelach, podczas których przez wiele godzin stały boso albo w samej bieliźnie. Kara bunkra oznaczała zamknięcie w ciemnym i wilgotnym pomieszczeniu, niekiedy ze stojącą na podłodze wodą. Najmłodszych zmuszano także do biegania wokół baraków i oglądania kar wymierzanych dorosłym. Terror miał złamać nie tylko ciało, lecz również poczucie bezpieczeństwa i więzi rodzinne.

Dlaczego sprowadzono Ukraińców?

Latem 1944 roku obóz był ogromnym skupiskiem ludzi pozbawionych wolności, lecz świadomych coraz trudniejszego położenia Niemiec. Więźniowie pracujący poza Potulicami przynosili wiadomości o zbliżającym się froncie. Powstanie warszawskie pokazywało, że polskie podziemie jest zdolne do podjęcia otwartej walki. Niemcy obawiali się także działalności pomorskiej partyzantki.

W tej sytuacji do Potulic skierowano 514 Ukraińców z batalionu „Schuma”. Oficjalnym powodem było wzmocnienie służby wartowniczej na wypadek nadejścia wojsk sowieckich i ataku pomorskiego ruchu oporu. W praktyce nowi wartownicy mieli także zwiększyć zdolność załogi do opanowania sytuacji w razie masowych ucieczek lub buntu więźniów. Był to logiczny element obrony miejsca, w którym zaledwie kilka tysięcy strażników, esesmanów, nadzorców i więźniów funkcyjnych musiało kontrolować wielotysięczną społeczność osadzonych.

Warto przy tym oddzielić odpowiedzialność organizatorów systemu od narodowości poszczególnych wykonawców. Obóz stworzyło i prowadziło państwo niemieckie. To niemieckie władze wysiedlały Polaków, przejmowały ich majątki, wydawały rozkazy i decydowały o warunkach życia więźniów. Ukraińcy skierowani do Potulic działali w niemieckiej służbie, pod niemieckim dowództwem i w interesie III Rzeszy.

Relacje więźniów nie przedstawiają zresztą wszystkich grup wartowniczych w identyczny sposób. W wielu wspomnieniach za szczególnie brutalnych uchodzili esesmani oraz niektórzy kapowie, czyli więźniowie funkcyjni. Nie zmienia to faktu, że ukraiński batalion stał się częścią aparatu przymusu. Jego zadaniem było uniemożliwienie więźniom odzyskania wolności.

Obóz przestał istnieć, gdy uciekli strażnicy

Na przełomie 1944 i 1945 roku wśród niemieckiej kadry i ukraińskich wachmanów narastało zdenerwowanie. Front znajdował się coraz bliżej, a administracja obozowa niszczyła dokumenty mogące świadczyć o popełnionych zbrodniach. 20 stycznia 1945 roku zarządzono ewakuację.

Zdolnych do marszu więźniów wyprowadzono w dwóch kolumnach w kierunku Nakła i Piły. W obozie pozostawiono ludzi chorych, starych oraz dzieci. Żadna z kolumn nie dotarła do wyznaczonego celu. Nacierające wojska rozproszyły eskortę, a niemieccy i ukraińscy strażnicy uciekli. W nocy z 20 na 21 stycznia więźniowie odzyskali wolność.

Potulice nie miały komór gazowych ani krematorium. Zabijano tu inaczej: głodem, zimnem, chorobami, pracą ponad siły i codzienną przemocą. Formalne określenie „obóz przesiedleńczy” pozwalało ukryć rzeczywistą funkcję miejsca, które stało się wielkim rezerwuarem niewolniczej pracy i narzędziem germanizacyjnej polityki III Rzeszy.

Latem 1944 roku Niemcy rozumieli już, że ich system zaczyna się chwiać. Powstanie warszawskie, działalność polskiego podziemia i nadchodzący front zwiększały ryzyko utraty kontroli nad wielotysięcznym obozem. Dlatego do Potulic sprowadzono ponad pół tysiąca Ukraińców. Mieli pilnować, aby za drutami nie wydarzyło się to, czego niemiecka załoga miała wszelkie powody się obawiać: bunt, masowa ucieczka albo skuteczny atak polskiego ruchu oporu.

Przejdź do treści