Historianaprawde.pl

Mauthausen. Folwark koncernów farmaceutycznych

Szacowany czas czytania: ...

9 sierpnia 1938 roku oficjalnie otwarto niemiecki obóz koncentracyjny Mauthausen. W ciągu następnych siedmiu lat wokół niego powstał gigantyczny system obozów, w którym więźniowie mieli pracować, cierpieć i umierać. Niektórzy zostali wykorzystani również jako materiał do eksperymentów pseudomedycznych. Testowano na nich szczepionki i leki, celowo zakażano chorobami, wykonywano zbędne operacje. W tej historii pojawiają się nie tylko lekarze SS, ale również instytuty naukowe i niemieckie koncerny farmaceutyczne.

Mauthausen nie było jednym obozem. Pod koniec wojny był to rozbudowany system obejmujący 101 jednostek w 83 miejscowościach. Samo Gusen, formalnie podobóz, było większe od obozu macierzystego. Na początku 1945 roku w całej sieci znajdowało się około 85 tysięcy więźniów. Przez obozy podporządkowane Mauthausen przeszło blisko 200 tysięcy ludzi, spośród których co najmniej 108,5 tysiąca straciło życie.

Obóz powstał przede wszystkim ze względu na położone w pobliżu kamieniołomy. Lokalizację wybrał osobiście Heinrich Himmler. Pierwsi więźniowie, sprowadzeni z Dachau, budowali miejsce własnego uwięzienia. Oficjalny termin otwarcia obozu wyznaczono na 9 sierpnia 1938 roku.
Z czasem okazało się, że w nazistowskim systemie człowiek zamknięty za drutami może mieć jeszcze jedno zastosowanie. Nie trzeba było pytać go o zgodę na eksperyment. Można było podać mu nieznaną substancję, celowo wywołać chorobę, operować, obserwować reakcje organizmu, a po śmierci przeprowadzić sekcję zwłok.

Obozowy szpital w Gusen tylko z nazwy przypominał miejsce, którego zadaniem było ratowanie życia. Część pomieszczeń utrzymywano w stosunkowo dobrym stanie, między innymi na potrzeby wizyt przedstawicieli niemieckich instytucji. W innych chorzy leżeli po dwóch lub trzech na jednym łóżku. Istniały również części rewiru przeznaczone dla ludzi, których przestawano karmić. Mieli po prostu umrzeć.
Właśnie w takim miejscu zaczęto prowadzić doświadczenia mające zachowywać pozory badań naukowych.
Jednym z najważniejszych ich kierunków były choroby zakaźne. W pierwszej połowie 1943 roku w Mauthausen przeprowadzono na wielką skalę badania reakcji ludzkiego organizmu na szczepionki skojarzone przeciwko między innymi tyfusowi, paratyfusom, tężcowi i cholerze. Preparaty pochodziły z zakładów Behring i Asid Werke. Eksperymentom poddano około 1700 więźniów.

W dwóch seriach obejmujących 1200 osób odnotowano 41 przypadków śmiertelnych. W dokumentacji jako przyczyny zgonów zapisywano jednak między innymi zapalenie płuc, gruźlicę, ropowicę czy anginę. Analizujący później dokumenty Jan Mikulski zwracał uwagę, że ponieważ więźniowie byli przed szczepieniami badani, nie można wykluczyć, iż rzeczywiste przyczyny części zgonów zostały w dokumentacji ukryte. Eksperymenty prowadził Karl Gross, pracownik Instytutu Roberta Kocha, na zlecenie Instytutu Higieny Waffen-SS.

Od lutego do kwietnia 1943 roku przeprowadzono kilka serii takich szczepień. Później więźniom pobierano krew, oznaczano poziom przeciwciał i obserwowano reakcje na preparaty. Pojawiały się silne nacieki i rumienie. Dokumentacja badań zajmowała trzy tomy. Gross został następnie awansowany i odznaczony.
Z perspektywy ludzi znajdujących się po drugiej stronie strzykawki wyglądało to jednak zupełnie inaczej.
Czesław Parysek, więzień Mauthausen, wspominał po wojnie, że w styczniu 1943 roku znalazł się w grupie około dwudziestu osób skierowanych do tzw. SS-rewiru. Więźniowie dostawali zastrzyki i bardzo różnie na nie reagowali. Kilka miesięcy później doświadczenie powtórzono. Informację o tym, czego mogą dotyczyć eksperymenty, mieli ujawnić pracujący w obozowej aptece więźniowie hiszpańscy. Parysek zeznawał po wojnie, że chodziło o preparaty związane z tyfusem, paratyfusem, cholerą oraz szczepionką skojarzoną.
Jeszcze bardziej przerażające były doświadczenia dotyczące gruźlicy.

W Gusen używano preparatu oznaczonego numerem 101. Podawano go więźniom trzy razy dziennie. Powodował mdłości, bóle głowy, wymioty, biegunki, brak apetytu i bóle kości. Doświadczenia trwały około roku i objęły według zachowanych relacji 300–400 osób. Najbardziej makabryczny jest jednak fakt, że część więźniów miała być wcześniej celowo zakażana gruźlicą. Prątki Kocha dodawano do jedzenia albo wstrzykiwano zakażoną plwocinę. Dopiero później rozpoczynano „leczenie”.

Antoni Marczak, więziony w Mauthausen-Gusen od grudnia 1942 roku, otrzymywał zastrzyki w okolice lewej łopatki. Po nich był tak osłabiony, że nie mógł chodzić, pojawiały się również krwotoki z ust. Po wyzwoleniu stwierdzono u niego gruźlicę, z którą zmagał się jeszcze wiele lat później.

Zachowały się także relacje dotyczące doświadczeń, których celu nie udało się już jednoznacznie ustalić. Zbigniew Dębiński opisywał komando składające się w połowie z ludzi chorych na gruźlicę, a w połowie ze zdrowych i silnych więźniów. Ludzie kasłali, dusili się i krwawili. Co cztery dni otrzymywali zastrzyki w klatkę piersiową. Kiedy ktoś umierał, jego ciało zabierano, a skład grupy uzupełniano kolejnym więźniem.
Mauthausen było również miejscem badań nad durem plamistym. Hermann Richter sztucznie zakażał więźniów riketsjami, aby sprawdzić, ile czasu upłynie od zakażenia do pojawienia się pierwszych objawów. Według przywoływanych źródeł do eksperymentu wybrano około stu radzieckich jeńców. Po wystąpieniu objawów choroby wszystkich zamordowano.

Szczególne miejsce w historii eksperymentów w Mauthausen i Gusen zajmuje dr Helmuth Vetter. Był związany z IG Farben, a podczas pracy w obozach stał się łącznikiem między przemysłem farmaceutycznym a miejscami, w których znajdowali się ludzie całkowicie pozbawieni możliwości odmowy udziału w doświadczeniu. Prowadził badania nad sulfamidami i innymi preparatami, wykorzystując chorych na tyfus, zapalenie płuc, gruźlicę czy ropowicę. Gdy brakowało odpowiednich pacjentów, zdrowych więźniów zakażano. Tworzono też grupy kontrolne: obie grupy zakażano, ale tylko jedna otrzymywała eksperymentalne leczenie. Druga miała pozwolić ocenić skuteczność preparatu.

Jednym z testowanych produktów był B-1034 firmy Bayer, będącej wówczas częścią IG Farben. Preparat podawano chorym na tyfus plamisty dożylnie, domięśniowo oraz doustnie. W grudniu 1943 roku Vetter odwiedził fabrykę Bayera w Leverkusen i przedstawił wyniki kolejnej serii doświadczeń. Zachowany dokument opisuje grupę 69 więźniów. Dziesięciu otrzymało preparat dożylnie, dwudziestu domięśniowo, a trzydziestu dziewięciu w tabletkach. W tej grupie zmarło siedem osób. Odnotowano również komplikacje mózgowe, ropienie, zapalenia płuc i nerek.

Ten mało znany fragment historii niemieckich obozów koncentracyjnych szerzej opisuję w książce „Trzecia Rzesza i koncerny farmaceutyczne”. Jej drugie, znacznie rozszerzone wydanie ukaże się we wrześniu. Jeden z rozdziałów poświęcony jest właśnie Mauthausen i Gusen oraz relacjom pomiędzy obozowymi lekarzami, instytucjami III Rzeszy i przemysłem farmaceutycznym.

Nie wszystkie zbrodnicze doświadczenia były bowiem wynikiem osobistego szaleństwa lekarzy SS. Za częścią z nich stała administracja, państwowe instytuty badawcze oraz zapotrzebowanie na nowe preparaty. W jednym miejscu spotykały się interesy państwa, armii, nauki i przemysłu. Najniżej w tej hierarchii znajdował się człowiek, którego nikt nie pytał o zgodę.

Zestawienie doświadczeń prowadzonych w Mauthausen obejmuje operacje eksperymentalne, badania okresu inkubacji duru plamistego, testy szczepionek na 1700 osobach, doświadczenia dotyczące gruźlicy, leczenia duru i ropowic, badania hormonalne oraz próby środków służących odwszawianiu. Przy wielu pozycjach dotyczących liczby ofiar oraz zmarłych znajduje się jednak tylko krótka informacja: brak danych.

Nie wiadomo więc, ilu ludzi rzeczywiście straciło życie wskutek eksperymentów pseudomedycznych w Mauthausen i jego podobozach. Część dokumentów została zniszczona. Niektóre zgony zapisywano pod nazwami chorób, na które więźniowie cierpieli albo którymi wcześniej zostali zakażeni. W wielu przypadkach pozostają jedynie relacje tych, którzy przeżyli.

Osiemdziesiąt osiem lat po otwarciu Mauthausen warto więc pamiętać nie tylko o kamieniołomach, głodzie, egzekucjach i komorach gazowych. Istniało jeszcze jedno oblicze tego systemu. Za drzwiami obozowych rewirów człowiek przestawał być pacjentem. Stawał się przypadkiem, numerem, pozycją w tabeli i materiałem doświadczalnym.

A medycyna, która miała ratować życie, została wykorzystana do zadawania cierpienia i śmierci.

Przejdź do treści