29 sierpnia 1967 roku w więzieniu w Budziszynie zmarł Kurt Heissmeyer, niemiecki lekarz pulmonolog, człowiek odpowiedzialny za jedne z najbardziej odrażających eksperymentów pseudomedycznych prowadzonych w obozie koncentracyjnym Neuengamme. Nie zginął podczas wojny, nie został schwytany zaraz po jej zakończeniu, nie poniósł też szybko odpowiedzialności za swoje czyny. Przeciwnie: przez blisko dwadzieścia lat po wojnie spokojnie pracował jako lekarz, prowadził praktykę, został ordynatorem oddziału chorób płucnych w Magdeburgu, dorobił się majątku i wychował troje dzieci, które również zostały lekarzami. Wszystko to mimo że jego nazwisko znajdowało się na liście zbrodniarzy wojennych Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Heissmeyer interesował się gruźlicą i mechanizmami odporności. Samo w sobie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie sposób, w jaki postanowił realizować swoje naukowe ambicje. W Neuengamme eksperymentował na więźniach, podając im żywe prątki gruźlicy, także bezpośrednio do płuc. Co szczególnie istotne, nie działał w próżni i nie mógł zasłaniać się brakiem wiedzy. W literaturze medycznej znajdowały się ostrzeżenia przed podobnymi doświadczeniami, a badacze, na których prace się powoływał, podkreślali, że podawanie żywych prątków zdrowym dzieciom byłoby zbyt niebezpieczne. Heissmeyer te zastrzeżenia zignorował albo uznał, że więźniów obozu nie dotyczą.
Najbardziej przerażający etap jego eksperymentów rozpoczął się wtedy, kiedy do Neuengamme sprowadzono dwadzieścioro żydowskich dzieci. Dziesięciu chłopców i dziesięć dziewczynek miało posłużyć do doświadczeń nad gruźlicą. Dzieci zakażano, obserwowano przebieg choroby, wykonywano na nich kolejne zabiegi. Nie były pacjentami, bo nikt nie próbował ich leczyć w zwyczajnym rozumieniu tego słowa. Były materiałem doświadczalnym. W systemie obozowym nie trzeba było pytać ich o zgodę, nie trzeba było pytać rodziców, nie trzeba było brać pod uwagę ryzyka, bo człowiek zamknięty za drutami został wcześniej pozbawiony wszystkich praw, także prawa do decydowania o własnym ciele.
To jest chyba jeden z najważniejszych elementów tej historii. Zbrodnie niemieckich lekarzy nie zaczynały się od strzykawki, skalpela czy sondy wprowadzanej do płuc. Zaczynały się znacznie wcześniej, od uznania, że istnieją ludzie pełnowartościowi i ci, których można traktować inaczej. Kiedy raz zaakceptowano taki podział, cała reszta stawała się technicznym problemem medycznym. Można było zakażać więźnia chorobą, można było sprawdzać reakcję jego organizmu, można było doprowadzać go do skrajnego wyczerpania, a potem opisywać wyniki w języku nauki. Właśnie dlatego historie takie jak Heissmeyera są tak ważne: pokazują, jak łatwo medycyna może przestać być medycyną, kiedy lekarz przestaje widzieć w człowieku człowieka.
Pod koniec wojny dwadzieścioro dzieci stało się dla Niemców niewygodnym dowodem. Wiedziały, co się z nimi działo, nosiły ślady eksperymentów, mogły opowiedzieć, kto i w jaki sposób je wykorzystywał. W kwietniu 1945 roku przewieziono je z Neuengamme do szkoły przy Bullenhuser Damm w Hamburgu. Tam zostały zamordowane. Nie zginęły przypadkiem podczas ewakuacji obozu, nie były ofiarami bombardowania ani chaosu ostatnich dni wojny. Zostały zabite dlatego, że trzeba było usunąć świadków eksperymentów.
Heissmeyer tymczasem przeżył i znakomicie urządził się po wojnie. Najpierw ukrywał się w Holandii, później pod fałszywym nazwiskiem pomagał ojcu w praktyce lekarskiej w Turyngii. Ojciec zdobył dla niego dokument mający świadczyć o jego rzekomo wrogim stosunku do nazizmu i już w 1946 roku Heissmeyer mógł otworzyć legalną praktykę w Magdeburgu. Przez następne lata pracował jako pulmonolog, był szanowanym lekarzem i funkcjonował pod własnym nazwiskiem. Trudno chyba o lepszy przykład tego, jak wielu sprawców niemieckich zbrodni po prostu wróciło po wojnie do swoich zawodów i przez lata żyło tak, jakby nic się nie stało.
Prawda zaczęła wychodzić na jaw dopiero w latach sześćdziesiątych. W 1963 roku pojawiło się pytanie, czy szanowany magdeburski lekarz nie jest przypadkiem tym samym człowiekiem, który prowadził eksperymenty w Neuengamme. Heissmeyera aresztowano 13 grudnia 1964 roku, a jego proces rozpoczął się w czerwcu 1966 roku. Na sali sądowej nie mogły pojawić się dzieci, na których eksperymentował. Nie żyły. Jak opisuję w książce „Trzecia Rzesza i koncerny farmaceutyczne”, praktycznie nie było już również innych bezpośrednich świadków jego doświadczeń.
Najbardziej wstrząsające są jednak nie same ustalenia sądu, lecz słowa Heissmeyera. Przyznał, że prowadząc eksperymenty, popełnił zbrodnię przeciwko ludzkości i że dzieci były bezbronne. Tłumaczył też, dlaczego w czasie wojny nie miał żadnych skrupułów. „W związku z moimi faszystowskimi przekonaniami, nie uważałem więźniów obozów koncentracyjnych, a więc również i tych dzieci, za pełnowartościowych ludzi” – mówił. Przyznał również: „Przed wielu laty haniebnie zdradziłem mój zawód, przyjmując ideologię, która była głęboko nieludzka”. Trudno znaleźć bardziej precyzyjne wyjaśnienie mechanizmu, który umożliwił lekarzom dokonywanie takich zbrodni. Nie chodziło o brak wiedzy medycznej, chaos wojenny czy źle rozumiany postęp nauki. Najpierw trzeba było uznać, że ofiara jest kimś gorszym, a potem można było zrobić z nią praktycznie wszystko.
30 czerwca 1966 roku sąd w Magdeburgu skazał Kurta Heissmeyera na dożywocie. Udowodniono mu między innymi prowadzenie eksperymentów na dzieciach. Kara trwała jednak bardzo krótko. 29 sierpnia 1967 roku Heissmeyer zmarł w więzieniu w Budziszynie na zawał serca. Miał za sobą kilkanaście miesięcy więzienia i niemal dwadzieścia lat spokojnego życia po wojnie.
Dzisiaj mija 59 lat od jego śmierci. Nie jest to rocznica, przy której warto pochylać się szczególnie nad losem samego Heissmeyera. Znacznie ważniejsze jest przypomnienie dwadzieściorga dzieci, które dla niemieckiego lekarza stały się materiałem badawczym, a później zostały zamordowane, żeby nie mogły opowiedzieć o tym, co z nimi robiono. Historia Heissmeyera jest jednym z wielu przykładów opisanych w „Trzeciej Rzeszy i koncernach farmaceutycznych”, ale chyba jednym z najbardziej czytelnych. Pokazuje bowiem coś więcej niż okrucieństwo konkretnego lekarza. Pokazuje, co może się wydarzyć, kiedy medycyna uzna, że dobro człowieka nie jest już jej najważniejszym ograniczeniem.
