Dla dawnych Japończyków granica między światem ludzi, naturą i sferą boską nie była wyraźna. Wyspy miały zostać stworzone przez bogów, zamieszkiwały je kami, a sama Japonia była postrzegana jako wyjątkowa przestrzeń, w której ziemia i niebo stanowiły jedność. Jak powstał taki sposób postrzegania świata i jak wpłynął na japońską religię? Odpowiedź na to pytanie znajdziesz we fragmencie książki „Krótka historia religii” Richarda Hollowaya.
W poprzednim rozdziale opisałem Tybet jako odległy i niedostępny. Były to nierozważne słowa. Przypowieść o ślepcach i słoniu ostrzegała nas przed przyjmowaniem świata takim, jakim go widzimy. Dla mnie Tybet jest odległy. Dla Tybetańczyka to jego dom, a odległa jest na przykład Szkocja. Miałem już popełnić tę samą omyłkę, jeśli chodzi o Japonię. Leży za morzem i daleko od Chin. Nawet sami Chińczycy, jej najbliżsi sąsiedzi, nie pojawili się tam aż do 600 roku n.e. Kusi więc, by nazwać Japonię odciętą od reszty świata. Ale dlaczego nie uznać, że to reszta świata jest odcięta od Japonii? Przez bardzo długi czas Japończycy nie mieli pojęcia, że istnieje jakiś świat, od którego są odcięci. Uważali, że to Japonia jest światem. Nie była ona zresztą tylko ich światem. Była ich religią. Uwielbiali ją! By zatem zrozumieć religię Japonii, musimy spróbować zrozumieć, jakie uczucia żywili Japończycy do własnego kraju.
Samo słowo Japonia naprowadza nas na właściwy trop. Oto w taki właśnie sposób Europejczycy próbowali wymawiać chińskie słowo określające ten kraj. Sami Japończycy nazywali go Nippon albo Kraj Wschodzącego Słońca. Ten opis doskonale pasował do rzeczywistości. Patrząc na wschód, widzieli tylko połyskującą pustkę Pacyfiku, z której codziennie wyłaniało się Słońce, by rozlewać swój blask nad 6852 wyspami archipelagu japońskiego. Nic więc dziwnego, że w japońskiej historii stworzenia Słońce odegrało wielką rolę. Wszystkie religie mają swoje historie kreacji, przedstawiają swoje wersje stworzenia świata. Czas przyjrzeć się niektórym z nich i wyciągnąć pewne wnioski, zanim wrócimy do Japonii.
W Indiach funkcjonuje wiele różnych historii stworzenia świata. Wedle jednej z nich, zanim rozpoczął się czas i stworzony został świat, istniał byt zwany Puruszą, który eksplodował, a z jego rozproszonych elementów wyłoniło się wszystko, aż po najdrobniejsze szczegóły hinduskiego systemu kastowego.
Mieszkańcy Mezopotamii, miejsca urodzin Abrahama, uważali, że na początku było dwoje olbrzymów, Apsu, czyli słodka woda, i Tiamat – słona woda. Z ich związku na świat przyszli inni bogowie oraz morskie potwory. I tak jak morze zalewa czasem suchy ląd, tak Tiamat chciała przejąć kontrolę nad wszystkim. Ale napotkała opór i została zabita przez członków własnej rodziny. Jej ciało zostało podzielone na niebo i ziemię. Niebo urządzono dla bogów. Służyć im mieli ludzie, których stworzono i ulokowano w „służbówkach” w dole, na ziemi.
Egipt miał podobne historie, w których woda odgrywała również ważną rolę. Na początku było tylko morze. Potem, gdy wody zaczęły opadać, wyłoniła się z nich góra. Wedle jednej z wersji pojawił się teraz bóg słońca Ra, by stworzyć kolejnych bogów i ziemię. W innej wersji pierwszym, który się wtedy zjawił, był bóg ziemi Ptah, który wprawił wszystko w ruch.
Jeśli udamy się na północ, do Skandynawii, też natkniemy się na podobne wodne wątki. Na początku była otchłań nicości. Napełniła się wodą. Potem woda zamarzła. Następnie lód zaczął się topić. Z wody powstałej z topniejącego lodu wyłonił się olbrzym Ymir. Z jego pach zrodzili się mężczyzna i kobieta. Kiedy działo się to wszystko, opiekująca się olbrzymem krowa lizała lód, który stał się na tyle cienki, że na świat wydostał się kolejny olbrzym. Jego potomkiem był bóg Odyn. I tak jak to zwykle bywa w dziejach bogów, rozpętało się wówczas prawdziwe piekło. Odyn i jego bracia zabili Ymira, a potem z jego ciała stworzyli ziemię, z jego czaszki – niebiosa, a z krwi – morze. Jego kości zmieniły się w góry, a włosy – w drzewa. Są w tej opowieści inne szczegóły, ale rozumiecie już mniej więcej, w czym rzecz.
Po całym tym zamieszaniu prawdziwą ulgą okazuje się wizja stworzenia w Biblii hebrajskiej, powstała około 900 roku p.n.e. W Genesis są dwie jego wersje, obie zdecydowanie monoteistyczne. W obu pojawia się morze. To bezmiar wód, nad którymi unosi się Duch Boży i z których powołuje on wszystko do życia. Pracę tę wykonuje w ciągu sześciu dni, a siódmego dnia odpoczywa. To nierobienie niczego siódmego dnia było samo w sobie aktem twórczym, którym Duch Boży ustanowił szabat – dzień wolny dla każdego.
Historia japońska pochodzi mniej więcej z tego samego okresu co Genesis, a morze znów odgrywa w niej znaczącą rolę. Na początku było właśnie tylko morze. Potem bóg Izanagi i bogini Izanami użyli długiej włóczni, by pogrzebać w mule na morskim dnie. Z tego mułu powstały japońskie wyspy. Z boskiego związku na świat przyszła trójka dzieci: bogini słońca i jej bracia – bóg księżyca i bóg burzy. Bogini słońca też miała potomstwo, a jej prawnuk został pierwszym cesarzem Japonii.
Warto poświęcić chwilę tym historiom, bo mówią nam one sporo o mechanizmie działania religii. Czy te historie są prawdą, czy kłamstwem? To zależy od tego, jaki jest według ciebie ich cel. Pamiętasz historię, którą prorok Natan opowiedział królowi Dawidowi? Czy była ona prawdą, czy kłamstwem? Z merytorycznego punktu widzenia to kłamstwo. Nie istniał bogacz, który skradł owcę biedaka. Ale z moralnego punktu widzenia historia była prawdziwa. Wymyślono ją, by skłonić Dawida do przemyślenia własnych czynów. I to przyniosło efekty. Była to prawda sztuki, a nie prawda nauki. Nauka zajmuje się faktami, tym, jak funkcjonuje rzeczywistość. Sztuka zaś szuka sposobu przekazania nam prawdy o naszym własnym życiu. To dlatego jakaś wymyślona historia może sprawić, że rozpoznamy w niej samych siebie! Religia to sztuka, a nie nauka. Nie powinniśmy zatem pytać, czy historie dotyczące aktu stworzenia są prawdziwe, czy fałszywe. Powinniśmy zadać pytanie, co one znaczą, co usiłują nam przekazać. Tego rozróżnienia nie dostrzega wielu religijnych ludzi. I jak się przekonamy, niektórzy z nich robią z siebie głupców, próbując udowodnić, że historia stworzenia zawarta w Biblii to nauka, a nie dzieło sztuki.
Żadna z historii dotyczących aktu stworzenia nie była zgodna z faktami, ale każda z nich coś oznaczała. Historię stworzenia według Biblii jest najłatwiej zrozumieć, nawet jeśli się z nią nie zgadzasz: świat nie stworzył się sam, został stworzony przez Boga. A mezopotamskie i skandynawskie opowieści o konflikcie u prapoczątków świata odzwierciedlają panujące w nim przemoc i okrucieństwo.
Źródłem tych wszystkich historii są ludzkie umysły. Rodzi się pytanie, czy zostały w nich zaszczepione przez Boga, czy wymyślone przez nas od a do zet. Niezależnie od tego, jak sobie na to pytanie odpowiesz, historie te są interesujące same w sobie. I zawierają treści, które mogą pochodzić z pamięci sięgającej bardzo głęboko w czas: wybuch, który stał u początku każdej zmiany, i ocean, z którego pochodzą wszelkie stworzenia. Nowoczesne naukowe historie stworzenia świata mówią o Wielkim Wybuchu, który miał miejsce około 14 miliardów lat temu. Przypuszcza się, że życie na naszej planecie zaczęło powstawać mniej więcej trzy i pół miliarda lat temu. Morza pokrywające młodą Ziemię były zupą związków chemicznych pochodzących z wybuchających wulkanów i to właśnie z reakcji między nimi narodziły się pierwsze formy życia. Miliardy lat później na Ziemi pojawiliśmy się my. Czy wspomnienia Ziemi o jej własnej historii przedostały się w jakiś sposób do umysłów tych artystów, którzy przenikali wzrokiem przez czas, żeby poznać znaczenie rzeczywistości? Wydaje się to prawdopodobne. Świat jest dziwnym miejscem i niemal wszystko można sobie wyobrazić.
W japońskiej historii stworzenia urzeka to, że bogowie, grzebiąc w mule, nie stworzyli świata. Oni stworzyli Japonię! Albo inaczej: stworzyli świat, który składał się tylko z Japonii. To leży u podstaw miłości, którą Japończycy darzą swe cudowne wyspy. Narody wyspiarskie interesują się przede wszystkim sobą. Na granicach ich posiadłości panuje mniejszy ruch, na ich religie rzadko więc mają wpływ bogowie sąsiednich państw. To, co wiemy o wczesnej religii japońskiej, potwierdza tę tezę. A jeśli dodamy, że Japonia aż do 1945 roku, do zakończenia drugiej wojny światowej, nigdy nie została zdobyta, nie powinno nas zdziwić, że Japończycy nie tylko kochają swój kraj żarliwą miłością – oni wierzą, że jest wyjątkowy. W odległej przeszłości uważali zapewne, że poza nimi i ich wyspami nic innego nie istnieje.
Japonia nie tylko została stworzona przez bogów, była ona również ich siedzibą, miejscem, gdzie mieszkali. W innych religiach wierzono, że bogowie mogli odwiedzać ziemię, ale swoją bazową rezydencję mieli wysoko ponad nami, w swoim wyłącznym królestwie zwanym niebem. Dla Japończyków tym królestwem było ich wspaniałe wyspiarskie państwo. Ziemia i niebo stanowiły jedność. Niebo było na ziemi, a ziemia – w niebie. Niektóre religie uważały ludzkie ciało za fizyczne miejsce, w którym zamieszkiwała nieśmiertelna dusza. Tak właśnie Japończycy postrzegali swoją ojczyznę. Wyspy Japońskie były materialnym przejawem świętych duchów zwanych kami, znajdujących się wszędzie w naturze. Mieszkały w zwierzętach. Zamieszkiwały japońskie góry z największą i najpiękniejszą z nich: górą Fuji. Były też w roślinach i rzekach.
Powiedziałem, że to była religia Japończyków, ale nie do końca tak jest. Można by bowiem przypuszczać, że było to coś osobnego, wiara, którą mieli w swych głowach. Podobnym błędem byłoby, gdyby ktoś próbował opisać świadomość samego siebie jako religię, jako coś, w co wierzysz lub sądzisz o sobie, a nie jako to, kim jesteś. Japończycy doświadczali samych siebie jako spowitych w wielką sieć bytu, składającego się z ich kraju, ich samych i ożywiających wszystko duchów. To nie było coś, w co wierzyli. To był po prostu sposób, w jaki istnieli.
Tekst jest fragmentem książki Krótka historia religii, Richard Holloway, Wydawnictwo RM, Rozdział 16 „Grzebiąc w mule”, s. 107-112.
