Historianaprawde.pl

Natzweiler. Żółtaczka w strzykawce

Szacowany czas czytania: ...

Natzweiler-Struthof nie jest obozem tak rozpoznawalnym jak Auschwitz czy Dachau, ale z punktu widzenia historii opisanej w mojej książce „Trzecia Rzesza i koncerny farmaceutyczne" jest miejscem bardzo ważnym. Właśnie tutaj szczególnie wyraźnie widać, jak obozowy system dostarczał ludzi do badań prowadzonych przez lekarzy, instytuty naukowe i — co dla mnie najważniejsze — jak w tle tych eksperymentów pojawiały się także firmy farmaceutyczne.

Obóz powstał w 1941 roku w okupowanej Alzacji, w pobliżu kamieniołomu różowego granitu. Początkowo więźniowie mieli przede wszystkim pracować. Bardzo szybko jednak Natzweiler stał się również miejscem zbrodniczych eksperymentów pseudomedycznych. Prowadzono tam doświadczenia z durem plamistym, żółtaczką zakaźną, szczepionkami, gazami bojowymi i innymi preparatami.

W rozdziale „Natzweiler. Żółtaczka w strzykawce” opisuję między innymi działalność profesora Nielsa Eugena Haagena. Nie był to anonimowy lekarz z prowincjonalnego szpitala. Pracował wcześniej w Nowym Jorku dla Fundacji Rockefellera, współpracował przy badaniach nad szczepionką przeciwko żółtej febrze, był związany z Instytutem Roberta Kocha, kierował Instytutem Higieny w Strasburgu i doradzał Luftwaffe. Miał zaplecze naukowe, instytucjonalne i wojskowe. W Natzweiler dostał również dostęp do ludzi, na których można było prowadzić doświadczenia bez pytania ich o zgodę.

Od lata 1943 do lata 1944 roku Haagen prowadził eksperymenty związane między innymi z durem plamistym i szczepionkami. W maju 1943 roku otrzymał zgodę Luftwaffe na badania preparatu własnej produkcji opartego na żywych bakteriach tyfusu mysiego. Do doświadczeń wybrano polskich więźniów. Po podaniu preparatu pojawiała się wysoka gorączka, zaburzenia mowy, stany lękowe i pobudzenie. Dwóch ludzi znaleziono martwych na pryczach.

W zachowanych relacjach pojawia się zdanie, które chyba najlepiej pokazuje warunki prowadzenia takich badań. Asystent Haagena, doktor Helmuth Gräfe, odpowiadając na obiekcje personelu, miał stwierdzić:

> „doświadczenia nie będą prowadzone na więźniach, tylko na Polakach, a Polacy właściwie nie są ludźmi”.

Według Jana Mikulskiego doświadczeniami objęto około 250 więźniów, a śmiertelność w niektórych grupach kontrolnych dochodziła do 50 procent.

I tutaj dochodzimy do tego, co w tej historii interesowało mnie najbardziej podczas pracy nad „Trzecią Rzeszą i koncernami farmaceutycznymi”. Skąd brały się preparaty? Kto je produkował? Kto był zainteresowany wynikami? Czy naprawdę za każdym razem mamy do czynienia wyłącznie z inicjatywą konkretnego lekarza SS?

W przypadku Natzweiler mamy co najmniej jeden bardzo konkretny trop.

Były więzień Ferdynand Holl zeznał po wojnie przed władzami kanadyjskimi okupującymi Niemcy, że profesor August Hirt prowadził na więźniach doświadczenia z produktami koncernu Sächsische Serumwerke. W książce przywołuję w tej sprawie dokument z procesu norymberskiego Pohla: D 9/52 No 590.

To nie jest więc ogólne przypuszczenie o „przemyśle farmaceutycznym w tle”. W źródle pojawia się konkretna firma i konkretna informacja o wykorzystaniu jej produktów podczas doświadczeń prowadzonych przez Hirta.

Sächsische Serumwerke działało później pod nazwą Sächsisches Serumwerk Dresden. W mojej książce zwracam uwagę również na dalszą historię przedsiębiorstwa: ostatecznie znalazło się ono w strukturach GlaxoSmithKline Biologicals Dresden.

To właśnie tego rodzaju ciągłość jest jednym z powodów, dla których napisałem tę książkę. Nie chodzi o prostą tezę, że dzisiejsza firma odpowiada za zbrodnie popełnione osiemdziesiąt lat temu. Chodzi o ustalenie historii przedsiębiorstw, produktów, ludzi i instytucji, które brały udział w systemie badań na więźniach. Jeżeli chcemy naprawdę zrozumieć mechanizm zbrodniczych eksperymentów medycznych, nie możemy zatrzymać się na nazwiskach lekarzy SS.

W Natzweiler eksperymenty miały mocne zaplecze instytucjonalne. W obozie działał między innymi Instytut Naukowych Badań Obronnych powołany przez Himmlera w ramach Ahnenerbe. Placówka w Natzweiler otrzymała kryptonim „H” od nazwiska Augusta Hirta. To właśnie Ahnenerbe odpowiadało między innymi za doświadczenia z gazami trującymi i szczepionkami przeciwko tyfusowi plamistemu.

Do tego dochodziły potrzeby Luftwaffe i niemieckiej armii. Żółtaczka zakaźna była na froncie poważnym problemem, dlatego poszukiwanie szczepionki miało znaczenie wojskowe. Podobnie wyglądała sprawa duru plamistego. Więźniowie byli zakażani po to, żeby można było ocenić skuteczność szczepionek. W 1944 roku Haagen planował doświadczenie na 200 osobach: 150 miało zostać zaszczepionych, a 50 pozostawionych jako grupa kontrolna. Później wszystkich zamierzano zakazić zjadliwym zarazkiem. Według materiałów przywoływanych podczas procesu lekarzy w Norymberdze w następstwie tych eksperymentów zmarło co najmniej 50 więźniów.

Wcześniej Haagen zażądał stu więźniów z Auschwitz. Osiemnastu zmarło już podczas transportu. Pozostali byli tak wyniszczeni, że większość nie nadawała się — w jego ocenie — do eksperymentów. W liście narzekał, że potrzebuje ludzi lepiej odżywionych i silniejszych, aby wyniki były miarodajne. Nie widział przed sobą ludzi, tylko materiał badawczy, który powinien spełniać określone parametry.

Podobnie wyglądały badania nad żółtaczką. Więźniów zakażano, obserwowano rozwój choroby i wykonywano punkcje wątroby. Rudolf Brandt zeznał później, że w wyniku tych doświadczeń zmarło kilku więźniów. Co gorsza, część założeń naukowych była błędna. Cytowany przeze mnie Stanisław Sterkowicz zwraca uwagę, że poglądy Dohmena, Haagena i innych niemieckich bakteriologów dotyczące wirusa nagminnego zapalenia wątroby okazały się niesłuszne.

Właśnie dlatego Natzweiler jest tak ważnym rozdziałem „Trzeciej Rzeszy i koncernów farmaceutycznych”. Nie wystarczy napisać, że lekarze SS byli zbrodniarzami. To prawda, ale to dopiero początek odpowiedzi. Trzeba pytać, kto dostarczał preparaty, kto finansował badania, kto domagał się wyników i kto później korzystał z uzyskanej wiedzy.

W przypadku Natzweiler widzimy lekarzy akademickich, Instytut Roberta Kocha, Luftwaffe, Ahnenerbe i wreszcie Sächsische Serumwerke, którego produkty — według zeznania byłego więźnia przywołanego w dokumentach procesu norymberskiego — były wykorzystywane w doświadczeniach Augusta Hirta.

To jest właśnie historia, którą próbuję w tej książce odtworzyć. Za strzykawką trzymaną przez lekarza bardzo często stał ktoś jeszcze. Był producent preparatu, instytut, zleceniodawca albo instytucja zainteresowana wynikiem. Dopiero kiedy zaczniemy sprawdzać te powiązania, zobaczymy pełniejszy obraz tego, czym naprawdę były pseudomedyczne eksperymenty w niemieckich obozach koncentracyjnych.

Przejdź do treści